Od tej strony go nie znacie: profesor Piotr Sztompka
Na początku XX wieku, podczas kongresu socjologów w Filadelfii profesor Harvardu zwrócił uwagę na bystrego ucznia z niezamożnej robotniczej rodziny.
Tak rozpoczęła się kariera Roberta Mertona, jednego z najwybitniejszych socjologów amerykańskich. Kilkadziesiąt lat później w jego ręce wpadła książka nieznanego nikomu młodego naukowca z dalekiej Polski. Koniecznie chciał podyskutować z jej autorem, więc zaprosił go na gościnne wykłady na Uniwersytet Columbia. Tak zaczęła się kariera wybitnego polskiego socjologa, profesora Piotra Sztompki.
– Tę książkę napisałem, będąc na stypendium Fulbrighta w Berkeley, gdzie stać mnie było tylko na pokoik w domu starców. Pisałem ją po osiem godzin dziennie, wyobrażając sobie, jak kiedyś stanie w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie obok dzieł Mertona. Bo żeby osiągnąć sukces, należy wierzyć, że się uda.
Beethoven przy pisaniu
W środowisku akademickim nazwisko Piotra Sztompki kojarzy się z imponującą karierą międzynarodową oraz Uniwersytetem Jagiellońskim. Niewielu jednak wie, że profesor urodził się w Warszawie, skąd po wojnie jego rodzina przeniosła się do Krakowa. Ojciec, Henryk Sztompka, był wybitnym pianistą, uczniem Paderewskiego, laureatem nagrody specjalnej za wykonanie mazurków w I Konkursie Chopinowskim w 1927 roku.
Kontynuując rodzinne tradycje, Piotr ukończył podstawową szkołę muzyczną, ale później muzyka przegrała z prawem i socjologią, dwoma kierunkami, które studiował równolegle na UJ.
Dziś profesor słucha różnych gatunków – od rocka, przez jazz aż do muzyki klasycznej, jednak zawsze muszą to być utwory wybitne.
– Ostatnio słucham Andrei Bocellego, bo dostałem jego płytę na gwiazdkę.
Natomiast kiedy pracuję, pomaga mi muzyka, która odpowiada mojemu stylowi pisania – uporządkowana, systematyczna, nieekspresyjna. Stąd często przy tej pracy towarzyszą mi dzieła Beethovena czy Brahmsa.
Okna na świat
Lata studiów wspomina jako niezwykle intensywny okres.
– Starałem się prowadzić życie bogate, ale wyraźnie skupione na sprawach naukowych.
Najwięcej czasu pochłaniały studia prawnicze, jednak ze względu na trudną sytuację materialną po śmierci ojca, Piotr był zmuszony podjąć pracę dorywczą.
– Zacząłem udzielać korepetycji z języka angielskiego, który opanowałem w czasach szkolnych dzięki ciężkiej, systematycznej pracy. Podchodziłem do tego języka z wielką pasją, wierząc że otworzy mi okno na świat. Znajomość angielskiego dawała dostęp do bogatej literatury socjologicznej i większe możliwości rozwijania kariery.
Kolejnym oknem na świat była licencja pilota wycieczek zagranicznych. Kurs uprawniający do wykonywania tego zawodu trwał aż dwa lata. W dodatku odbywał się w Katowicach, więc pogodzenie wszystkich obowiązków wymagało sporej elastyczności. Dzięki tej licencji profesor zaczął wyjeżdżać na wymiany studenckie.
– Dostawaliśmy na cały pobyt 10 dolarów kieszonkowego, jechaliśmy przez całą Europę drugą klasą, na siedząco. Ale liczyło się tylko to, że mogę realizować swoje pasje podróżnicze.
Społeczeństwo w obiektywie
Od podróży zaczęła się kolejna wielka pasja profesora Sztompki, czyli fotografia. Pierwsze zdjęcia robił za pomocą rosyjskiego aparatu Zorka 4, z czasem zamieniając go na coraz lepsze modele.
– Uważam, że patrzenie przez obiektyw jest istotnym sposobem mobilizowania i ukierunkowania wyobraźni. Fotografowanie wymaga skupienia się na rzeczach najważniejszych, wyodrębnienia pierwszego planu z tła oraz szukania najlepszej chwili. Kiedy zwiedzam bez aparatu, to po prostu widzę, jeżeli fotografuję, to patrzę. Trzy lata temu efekty tego patrzenia można było oglądać na autorskiej wystawie „Widokówki z mojej podróży”.
Jeszcze w czasach szkolnych wpadł mu w ręce album z nowojorskiej ekspozycji, na której pokazano piękno ludzkiego życia. Stało się to inspiracją na całe życie. – Podnoszę aparat, gdy widzę coś pięknego. Maniera dzisiejszej reporterskiej fotografii, która zmierza do utrwalania tylko ciemnych stron życia, jest uzasadniona, pełni istotną rolę społeczną. Ale ja świat widzę inaczej i nie zgadzam się na jego jednostronne pokazywanie.
Wykłady bez notatek
Z czasem profesor połączył swoje hobby z pracą.
– Dzisiejszy świat społeczny stał się niezwykle widowiskowy, nasycony wizualnie. Określam to trzema kategoriami: społeczeństwo spektaklu, wizerunku i ikony. Myśl o tym, że poprzez obraz można dotrzeć do interesujących społecznie zagadnień, skierowała mnie w stronę socjologii wizualnej.
Profesor Sztompka napisał pierwszy w Polsce podręcznik z tej dziedziny, a także prowadzi zajęcia na ten temat, które cieszą się ogromną popularnością. Co tydzień studenci otrzymują zadanie sfotografowania jakiegoś zjawiska (np. globalizacji, intymności, kiczu), po czym odbywa się dyskusja nad zrobionymi zdjęciami, a na koniec semestru – wystawa na korytarzach Instytutu Socjologii.
Profesor przyznaje, że w swojej pracy naukowej zawsze skupia się na tematach, które go interesują.
– Nigdy nie zdarzyło mi się, żebym wykładał o czymś z obowiązku. Każdy wykład jest dla mnie procesem twórczym, a nie odtwarzaniem jakiejś wiedzy czy recytowaniem formułek. Dlatego też nie korzystam z notatek. Za każdym razem na wykład idę jak na koncert improwizacji jazzowej, znając tylko temat, ale nie planując dokładnie przebiegu spotkania ze studentami.
Na szybkich rolkach
Kolejną pasją profesora jest sport. Przede wszystkim narty, na których szusuje po Alpach z uprawnieniami pomocnika instruktora. I rolki, które polubił w Kalifornii.
– W Krakowie zacząłem jeździć na rolkach jako jeden z pierwszych, dlatego wzbudzałem niezwykłe zainteresowanie psów. Dwa razy skończyło się to dla mnie złamaniem palca. Od Szwedów nauczyłem się poruszać na bardzo szybkich rolkach z kijkami i teraz uprawiam głównie ten rodzaj jazdy. Ze swoich doświadczeń wyciągnąłem wniosek, że im bardziej jest się aktywnym, im więcej ma się zainteresowań, tym lepiej dla każdej z pasji. Dosyć wcześnie wymyśliłem sobie filozofię, według której życie składa się ze skończonej ilości szans. Są one bardzo różne – miły spacer, dobry film, napisanie ciekawej książki, spotkanie wspaniałej dziewczyny. Dlatego przeżyć życie dobrze, znaczy przeżyć je bogato, maksymalnie wykorzystując te szanse.
Najgorszą dla mnie sytuacją byłoby życie w „poczekalni” – stan nudy, czekania i braku pomysłu na siebie.
Wywiad przeprowadziła Alicja Malewska. Tekst dostępny jest w marcowym numerze czasopisma SMS oraz na www.magazynsms.pl .
Prof. dr hab. Piotr Sztompka, absolwent II LO w Krakowie oraz prawa i socjologii na UJ, pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego i w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera. Członek PAN i American Academy of Arts and Sciences. Prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia Socjologicznego w latach 2002–2006. Visiting profesor na uczelniach w USA, Meksyku, Australii, Belgii oraz we Włoszech. Autor ponad dwudziestu książek z dziedziny socjologii, w większości opublikowanych w USA i Wielkiej Brytanii.
Laureat wielu prestiżowych nagród, m.in. New Europe Prize (zwanej „małym Noblem”) i Nagrody Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej („polski Nobel”).
Prywatny „Dekalog sukcesu” prof. Piotra Sztompki
1. Geniusz to jeden procent natchnienia i 99 procent potu
Stara recepta Tomasza Edisona, spopularyzowana później przez Geoge’a Bernarda Shawa jest podstawą wszystkiego „Geniusz to jeden procent natchnienia i 99 procent potu”. Nie ma sukcesu w nauce bez wytężonej, nieustannej, konskwentnej, upartej pracy. Nie wierzcie we wrodzone talenty. Jeżeli urodziłem się z jakimś talentem, to z pasją do takiej właśnie pracy.
2. Życie ludzkie jest grą
Już jako uczeń w szkole wymyśłiłem sobie taką teorię, że życie ludzkie to gra, w której od Boga, losu, przeznaczenia – czy jeszcze jak kto woli inaczej – dostajemy pewne pole szans ograniczone w czasie (nie wiemy oczywiście jak ograniczone w czasie). I teraz tę grę trzeba rozegrać możliwie najlepiej. Dlatego tak trafny wydaje mi się slogan Benjamina Franklina „Czas to pieniądz”. W tym ograniczonym czasowo polu ludzkiego życia każdy moment stracony w jakiejś – mówiąc przenośnie – poczekalni, to przegrana, to strata tego co w tym czasie można było zrobić, czego doznać, co przeżyć, czym się zachwycić, co stworzyć, w kimś się zakochać, z kimś się zaprzyjaźnić. A to wszystko właśnie stanowi dla mnie sens życia. Nie znaczy to, że tylko książki i nauka: także narty i muzyka, fotografowanie zachodów słońca i cudów architektury, podróże po pięciu (jak na razie) kontynentach, wariackie zauroczenia i romantyczne katastrofy. Bezsens życia to natomiast bierność i pustka.
3. Trzeba być optymistą
Trzeba być optymistą, a jeśli z tym się nie urodziliśmy to trzeba się tego nauczyć, trzeba to sobie wpoić. Nie ma żadnego sukcesu bez wiary w sukces, bez przekonania, że nie ma rzeczy niemożliwych, osiągnięć zarezerwowanych tylko dla innych. Jak pisał kiedyś Max Weber „Gdyby Kolumb nie starał się dotrzeć do Indii, nie odkryłby Ameryki”. Kiedy 34 lata temu pisałem swoją pierwszą książkę po angielsku w malutkim pokoiku bez łazienki w domu starców w Berkeley (bo nie stać mnie było na nic lepszego), to wyobrażałem sobie jak będzie wyglądać jej okładka i obok jakich autorów (Parsonsa, Mertona?) stać będzie w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie. I stoi! I jeszcze parę innych. A kiedy w zeszłym roku zaproszony przez Amerykańskie Stowarzyszenie Socjologów (ASA) na zjazd w San Francisco rozbijałem sie w wielkim apartamencie w Hiltonie, pojechałem do Berkeley, stanąłem pod moim oknem sprzed lat przy Shattuck Avenue i nagle przypomniał mi się refren starej piosenki „You have come a long way baby!” („Przeszedłeś długą drogę kochanie”).
4. Trzeba być dumnym z sukcesu
Nie trzeba się wstydzić sukcesu. Oczywiście nie można popadać w zarozumialstwo, trzeba znać swoją wartość, ale i swoje ograniczenia. Trzeba być dumnym z tego co w swojej drodze żuyciowej było godne, a wstydzić tego co było kompromisem, drogą na skróty, błędem, pomyłką, porażką. Nikt nie jest od nich wolny. Ja też nie. Ale kiedy już odniosło sie sukces to trzeba to przeżywać na całego. To też smak życia. I dlatego kiedy Prezes Fundacji Nauki Polskiej doniósł mi o nagrodzie Fundacji, była to wielka radość.
Podobna do tej jakiej doznawałem przyjmowany do Ameican Academy of Arts and Sciences, kiedy na uroczystości w Harvardzie podpisywałem grubą księgę członków, gdzie na pierwszej stronie wśród załozycieli Akademii widniał własnoręczny podpis George’a Washingtona. I wtedy gdy w Uppsali siostra króla, księżniczka Kristina wręczała mi Nagrodę Nowej Europy.
5. Poprzeczkę stawiać bardzo wysoko
Trzeba stawiać sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Albo używając innej sportowej metafory, nie mozna grać tylko w lidze powiatowej, czy nawet krajowej, trzeba aspirować do Ligi Mistrzów. Nauka to dziedzina, która nie zna granic państwowych czy narodowych. Sądzę, że nie można być kimś w nauce, będąc kimś tylko w Polsce. I dlatego już w liceum postawiłem na język angielski. Przez dobrych kilka lat to była moja pasja numer jeden. Ale nauczyłem się angielskiego tak, że na studiach kiedy po wczesmej śmierci ojca byłem w tarapatach finansowych, dorabiałem sobie dając prywatne lekcje angielskiego.
A potem gdy pierwszy raz udało mi się wyjechać do Ameryki, mogłem już tam napisać książkę po angielsku i otworzyć sobie drzwi do światowego środowiska socjologów.
6. Trzeba mieć mistrza
Trzeba mieć mistrza, kogoś kto staje się wzorem osobowym, nie tylko jako uczony, ale jako człowiek. Tu już wkracza czynnik szczęścia. Ale szczęściu trzeba pomagać, szukać takiej osoby, chwycić szansę gdy ją spotkamy, gdy zwróci na nas uwagę, gdy obdarzy nas zaufaniem. Dla mnie taką postacią, najpierw, mistrzem, mentorem, a potem bliskim przyjacielem przez trzydzieści lat, aż do końca jego dni stał sie Robert Merton. Ten list, który po powrocie do kraju po pierwszym amerykańskim stypendium dostałem od Mertona, że wpadła mu w ręce moja książka o funkcjonaliźmie i chciałby ze mną o niej podyskutować i dlatego organizuje mi wykłady na Columbia University – ten gest zaufania wobec kogoś nieznajomego z bardzo dalekiego kraju, to był najwspanialszy przypadek jaki mi się przydarzył w mojej naukowej karierze.
Ale nie zdarzyłby się, gdyby nie te osiem godzin dziennie przez osiem miesięcy przy małej maszynie Olivetti Lettera, w domu starców w Berkeley.
7. Czynnik szczęścia i niezasłużonej szansy
Czynnik szczęścia i niezasłużonej szansy to oczywiście urodzenie się w pewnym kraju, w pewnym momencie historii i w pewnej rodzinie. Ja miałem szczęście, bo urodziłem się w Polsce (a nie w Nigerii czy na Kubie).
Oczywiście wolałbym urodzić sie później, bo wtedy żyłbym dłużej w wolnym kraju, ale i tak nie było najgorzej. I miałem szczęście, że urodziłem się w rodzinie, gdzie miałem pod ręką to co socjologowie nazywają „kapitałem kulturowym”, to znaczy wszystkie ściany zajęte półkami z książkami, i te momenty, kiedy ojciec powracał z dalekich podróży artystycznych i przywoził do domu jakieś tchnienie, barwę, zapach dalekiego, bardziej kolorowego, lepszego świata. Tak zrodziło się moje marzenie aby żyć w Polsce, ale istnieć i bywać w szerokim świecie. I miałem szczęście mieć matkę, której pasją było ciągłe poznawanie nowego. Pod koniec życia, dobrze już po siedemdziesiątce postanowiła nauczyć się angielskiego – obok wcześniej znanych języków – i zrobiła to w stopniu, który pozwolił mi powierzyć jej tłumaczenie większości ogromnej monografii Alfreda Kroebera „Istota kultury”, które zleciło mi wydawnictwo PWN.
8. Nie odpuszczać sobie, nie obniżać lotów
Wszystko co się robi trzeba robić z pełną koncentracją, wkładając w to każdorazowo najwięcej umiejętności, zdolności, wysiłku. Nie ma dla mnie mniej ważnych artykułów naukowych, które pisze się na kolanie. Nie ma odczytów z notatek sprzed roku. Każdy wykład uniwersytecki to dla mnie nowy występ publiczny, niczym dla artysty koncert w Carnegie Hall. To jest ta trema, napięcie, podniecenie obecnością audytorium i dążenie do wytworzenia tej szczególnej wspólnej z audytorium częstotliwości, na której się porozumiewamy. Moi słuchacze i studenci to doceniają. To dotyczy nie tylko nauki. Kiedy fotografuję, to chciałbym od razu robić to jak Henri Cartier-Bresson, a kiedy, ku przerażeniu bliskich, szusuję w Alpach, to staram się robić to jak Tomba.
9. Nie poddawać się apatii twórczej
I nigdy nie wolno się poddać tak typowej dla wszelkich twórców obsesyjnej obawie: to już koniec, już nic lepszego nie wymyślę, nic więcej nie napiszę.
Psychiki prosto pokonać nie można, nie można się zmusić do twórczości. Ale można się zmusić do działania, stworzyć warunki dla powrotu natchnienia: dobrze się wyspać, pójść na wycieczkę w góry, przeczytać dobrą powieść, a potem siąść przed komputerem i zmusić do siedzenia nawet przed pustym ekranem. Za moich lat studenckich krążyła legenda, że jednego z naszych ówczesnych nauczycieli Zygmunta Baumana żona zamyka codzień na osiem godzin w gabinecie i dlatego pisze tyle książek. Jeśli to prawda, to może dzięki żonie Bauman stał sie dzisiaj tak wysoko cenionym w świecie intelektualistą.
10. Skoncentrować się całkowicie na sprawach najważniejszych
We wczesnych stadiach kariery trzeba wykorzystywać wszystkie szanse, pisać podania o wszystkie stypendia, przyjmować wszystkie zaproszenia, nigdy nie odmawiać publikacji, wygłoszenia odczytu, podjęcia wykładu. Ale trzeba wiedzieć, kiedy z tym skończyć i w późniejszym okresie sformułować dla siebie strategię, którą Robert Merton określał jako „self-emancipation proclamation” (proklamację samo-wyzwolenia): mianowicie skoncentrować się całkowicie na sprawach najważniejszych, na dokończeniu tego co chciałoby się po sobie zostawić, po to, aby – jak mówi poeta – „nie umrzeć całemu”. Wtedy trzeba już odmawiać i redakcjom proszącym o artykuły, i wydawcom proszącym o książki, i radom wydziału proszącym o recenzje i uczelniom oferującym wykłady. Bo inaczej się po prostu nie zdąży. Można nie zdążyć i tak, jak Marks z trzecim, niedokończonym tomem „Kapitału”, czy Max Weber z fragmentarycznym konspektem kolejnych, zamierzonych rozdziałów „Ekonomii i społeczeństwa”. Ale trzeba się starać zdążyć. A w ogóle, wbrew biologii im człowiek starszy trzeba żyć coraz szybciej i intensywniej. To jedyna rada na ludzki, nieuchronny los.